Najlepszy dzień, który miałem w Finlandii póki co. Wycieczka misyjna do katolickiej diaspory w Kuopio. Okej, nie brzmi to zbyt ekscytująco na pierwszy rzut oka i zapewne skojarzyło wam się z czymś nudnym… No to teraz będę miał cały wpis o tym, żeby was z tego błędu wyprowadzić.
Kuopio to miasto, które leży jakieś 140 kilometrów na północny wschód od Jyväskylä i jedzie się tam przez malowniczą krainę jezior pokrytych lodem, iglastych lasów i skał, które osaczają gdzieniegdzie drogę z obu stron. Ze względu na ograniczenia prędkości, oraz rekordowo dużą liczbę fotoradarów wzdłuż drogi jedzie się tam dosyć długo… (gdzieniegdzie prędkość max. wynosi 80 km/h). Długa podróż jednak ma swoje pozytywne aspekty… mianowicie dłuuugie rozmowy na tematy, no w tym przypadku głównie religijne.
Generalnie wybraliśmy się w składzie: Jacek- kierowca, ks. Krystian, ks. Oscar (z Ekwadoru) i siostra, której imienia nie jestem pewien, więc nie będę pisał, żeby nie skłamać (uzupełnię jak się dowiem).
Ksiądz Krystian jest bardzo studenckim księdzem. W czasie rozmów z nim wiadomo, że został księdzem czysto z powołania. Jest to jego druga misja, pierwszą odbywał w Chile, stąd dobrze mówi po hiszpańsku, stąd zna bardzo dobrze hiszpański. Ponadto, oprócz polskiego, zna jeszcze pięć języków obcych, rzecz jasna włączając łacinę, fiński i angielski. Bardzo przyjemnie się z nim rozmawia na tematy wiary i Kościoła, jest jednym z tych księży, których brakuje w polskich szkołach, otwarty na dyskusję, obeznany w problemach naszego świata, a z drugiej strony twardo trzymający się wiary i katolickiego porządku. Myślę, że gdyby większość katechetów w Polsce w taki sposób podchodziła do uczniów, katecheza nie byłaby dla gimnazjalistów, czy licealistów katorgą i rodzajem okienka na odrabianie prac domowych czy pogaduchy, tylko naprawdę cholernie inteligentną porcją zarówno dyskusji, jak i nauki.
Jadąc zaskoczyła mnie niewiarygodnie dobra znajomość hiszpańskiego u Jacka. W zasadzie całą drogę przegadał z księdzem Oscarem. Wiedziałem co prawda, że mówi on po hiszpańsku, w końcu byliśmy tutaj na kilku imprezach z Hiszpanami i trochę z nimi rozmawiał, ale nie wiedziałem, że jego hiszpański jest aż tak dobry. Sam też w końcu muszę się zacząć uczyć tego języka, bo podręcznik, który dostałem od M. nie może bezczynnie leżeć.
W czasie podróży rozmawialiśmy z księdzem i siostrą także o pewnych problemach dotykających fińskie społeczeństwo i religię chrześcijańską w Finlandii. Generalnie religia jest moim zdaniem czasami dyskryminowana tutaj. Niby jest formalny rozdział kościoła od państwa, a z drugiej strony państwo wtrąca się w sprawy kościelne. Przykładowo, siostra opowiadała o liście, który zakonnice w Jyväskylä dostały od urzędu miasta, w którym władze miejskie stwierdziły, że przedszkole prowadzone przez parafię powinno skończyć z chrześcijańską agitacją wśród dzieci. Czegoś tu nie rozumiem. Skoro rodzice posyłają dzieci do chrześcijańskiego przedszkola, to raczej zależy im na tym, żeby przekazywać im pewną wiedzę o Biblii czy Jezusie, jak by było inaczej to zawsze mogliby posłać swoje dziecko do innego przedszkola. Dlaczego w takim razie państwo ma decydować o tym w jaki sposób rodzice chcą wychować swoje dzieci? Nie rozumiem tego.
Generalnie z tego co słyszałem, to w Finlandii jest spora kontrola państwowa. Nie tak radykalna jak w Szwecji, ale wg. księdza czasami jest dosyć podobna. Szczególnie dziwna jest tutaj polityka prodziecięca, która stawia czasami dziecko w hierarchii wyżej niż dorosłą osobę, co jest rzecz jasna absurdem. Moim zdaniem, dziecko potrzebuje autorytetu rodzica, i potrzebuje być wychowywane, nawet przez krzyk i klapsy, jeśli tego wymaga sytuacja. Moi rodzice krzyczeli na mnie i czasami od nich dostałem za jakąś głupotę, którą zrobiłem. Jestem przez to skrzywiony społecznie? Stałem się mordercą i psychopatą? Nie, więc o co chodzi? Jasne, zdarzają się różne przegięcia, kiedy rodzice katują swoje dzieci, ale no cholera jasna… nie przyrównujmy każdego klapsa czy opieprzu do biczowania. Skandynawska polityka rodzinna doprowadziła do tego, że jeśli dziecko poskarży się w szkole na rodziców (nawet wtedy, kiedy jest zwyczajnie wkurzone, bo nie dostało pieska czy jakiejś zabawki), to może zostać zabrane rodzicom… brzmi to absurdalnie, ale niestety takie sytuacje się zdarzają, również w Finlandii. Tutaj wygląda to tak, że dziecko po odebraniu trafia do specjalnego domu dziecka, w którym czeka na przejęcie przez rodzinę zastępczą. Proces taki trwa nawet ok. roku…
Ponadto rozmawialiśmy trochę o Benedykcie XVI i jego zasługach. Dla polskich katolików, Benedykt XVI może wydawać się nieco oschły w porównaniu do Jana Pawła II, ale, jak zauważyliśmy z księdzem, on uzupełnia JPII swoimi pismami. Poczytajcie jakieś teksty BXVI, są pisane naprawdę łatwym językiem, a myślę, że nawet jak nie jesteście jacyś bardzo wierzący, to przecież wam oczu nie wypali. O ile JPII był aktywny i wychodzący do ludu, o tyle BXVI jest wojujący słowem pisanym. Poza tym nie wymagajcie od kogoś, kto za równo 21 dni skończy 85 lat wielkiej aktywności sportowej czy mobilności.
Ksiądz Krystian obdarzył mnie nawet zeszłoroczną edycją młodzieżowego katechizmu. Mimo, że sam nie jestem katolikiem, prezent mnie bardzo ucieszył. Katechizm jest bardzo dobrze napisany i zawiera cytaty nie tylko z myślicieli Kościoła, ale także z filozofów, poetów i pisarzy znanych raczej od strony mniej religijnej. Na pewno przeczytam.

Salka parafialna przy kościele prawosławnym w Kuopio
W Kuopio mieliśmy mszę, rzecz jasna po fińsku. Przed nią poprosiłem księdza o to, żeby podał mi fragmenty Biblii, które będą czytane, tak żebym rozumiał co się dzieje. Miłym zaskoczeniem było to, że we fragmencie obecny był apostoł Filip. Mam być zadowolony z tego? Jestem, nawet jeśli było go tam mało, to hmm… był to chyba jakiś znak, że to jest naprawdę dobra niedziela.
Msza odbywała się w salce należącej do prawosławnej parafii w Kuopio. Generalnie Kuopio jest jedną z fińskich ostoi prawosławia. Miasto zbudowane przez Rosjan w XIX wieku, pełne budynków podobnych bardzo do tych, które są w Sankt Petersburgu czy innych rosyjskich miastach, nawet cerkiew ma swój rosyjski klimat.

Cerkiew w Kuopio
Może to dziwnie zabrzmi, ale Rosjanie wywarli ogromny wpływ na fińską kulturę i rozwój intelektualny w XIX wieku. Większość szlachty tutejszej stanowili Szwedzi i Niemcy, więc Rosjanie aby pozbawić znaczenia swoich niegdysiejszych wrogów prowadzili silną politykę fennicyzacji (mówiąc prosto, ufińczania Finów). Paradoksalnie, to Rosjanie pomogli jako tako Finom sformować jeden naród. Rosjanie zakładali pierwsze, rdzennie fińskie miasta i ośrodki naukowe.

Pałac w Kuopio
Po Mszy zapoznaliśmy się trochę z parafianami. Było kilku Polaków, część z nich to pracownicy w podeszłym wieku, część to tylko goście. Drugą co do liczności grupą byli Karenni, uciekinierzy z Birmy. Do nich zostaliśmy zaproszeni na kolację.

Flaga Stanu Karenni nieuznawana przez oficjalne władze Myanmaru.
Lud Karenni (albo Kayah) to grupa etniczna zamieszkująca południowo-wschodni Myanmar. W większości są katolikami, ale zdarzają się wśród nich także animiści i buddyści. Ich historia jest dosyć długa, czasami brutalna, a na pewno bardzo ciekawa. Skupię się na powodzie emigracji tej kareńskiej rodziny, którą poznaliśmy.
Z tego co Pan Ojciec Rodziny nam powiedział, Stan Karenni był uznawany przez brytyjskich kolonistów za autonomiczny. Ludności przysługiwała pewna autonomia, nie byli przez Brytyjczyków prześladowani w żaden sposób, żyli sobie spokojnie nikomu nie wadząc. W stanie funkcjonowały kopalnie minerałów, w szczególności wolframu, a także kilka elektrowni i innych zakładów. Wszystko działało legalnie na mocy umowy podpisanej między Wielką Brytanią a stanem Karenni, który nigdy nie był w pełni integralną częścią Birmy Brytyjskiej. Kłopoty ludności zaczęły się w momencie, kiedy Birma uzyskała niepodległość. Stan został przyłączony do państwa birmańskiego i zarządzał nim rząd w Rangunie. To wywołało niepokoje społeczne wśród społeczności Karenni i w ostateczności powołano do życia plemienną partyzantkę. Birmańskie władze do tej pory uznają Karenni za swoich wrogów i niebezpiecznych separatystów. Przez prześladowania ze strony wojskowej junty, która ciągle rządzi krajem, bardzo wielu Karenni uciekało, najpierw do Tajlandii, gdzie byli umieszczani w obozach dla uchodźców, a potem do państw Europy, Ameryk, a także do Australii i Nowej Zelandii. W Finlandii żyje około 1000 Karenni.
Sama grupa dzieli się na kilka mniejszych plemion, nie ma jednolitego języka, w zależności od terenu, w którym mieszkają, mówi się innym dialektem.
Rodzina u której byliśmy jest bardzo dumna ze swojej przynależności etnicznej. W całym mieszkaniu mają wywieszone chorągiewki stanu Karenni. Są gotowi wrócić do swojej ojczyzny, kiedy tylko prześladowania ustaną.
Rodzina jest całkiem wesoła. Rodzice i kilkoro dzieci, a także dwa mega wypasione koty, jeden czarny, drugi pręgowany. Najlepsza i tak była część, w której już mogliśmy zacząć jeść
.
Danie było bardzo proste i bardzo smaczne. Ryż, sos podobny do naszych flaków, kawałki mięsa wołowego, podsmażane jajko na twardo i bardzo, bardzo, BAAAAARDZO ostra papryka (moja pierwsza reakcja po zjedzeniu wywołała śmiech wśród zebranych).
Po kolacji wyruszyliśmy w drogę powrotną. Znów rozmawiając na przeróżne tematy całą drogę, a także nucąc od czasu do czasu jakąś piosenkę, która akurat leciała w radio. Niebo było cudowne, w zasadzie wszystkie gwiazdy były idealnie widoczne.
Do Jyväskylä dojechaliśmy jakoś ok. 23:30. Po przyjeździe, ksiądz Krystian zaprosił nas jeszcze na plebanię, aby skosztować trochę grappy (włoski mocny alkohol, ok. 50%, robiony ze sfermentowanych resztek po produkcji wina, lepszy o niebo od wódki czy tego typu alkoholi, bardzo łagodny, a jednocześnie mocny, polecam… ALE NIE NAWOŁUJĘ DO ALKOHOLIZMU!). Efekt grappy poczułem dopiero po powrocie do akademika. Jadąc na rowerze totalnie nic nie czułem, zsiadając z roweru, nogi lekko odmówiły mi posłuszeństwa, a ja zrobiłem się bardzo chętny do rozmowy… no ładnie, spić się na plebanii…
Z Bogiem!