No to wróciłem…

… no tak w piątek wróciłem. Wrażenia? Podróż całkiem miła, pożegnanie też miłe, aczkolwiek trochę smutne.

Nie mogłem spać ostatniej nocy, dlatego trochę nieżywy byłem przez cały dzień. Od samego rana byłem na nogach i robiłem dosłownie wszystko. Posprzątałem mieszkanie, dopakowałem resztę rzeczy, przepakowałem to co mogłoby być ewentualnym nadbagażem do torby podręcznej i czekałem. Zaniosłem jeszcze trochę gratów do Rona, a że było dosyć wcześnie, to stwierdziłem, że nie ma sensu go budzić.

Minzey wstała druga, trochę pogadaliśmy, pożartowaliśmy. Mam nadzieję, że ją zobaczę we wrześniu, bo jedzie studiować do Poznania.
Ed spał jak zabity. Złapał grypę i zwijał się całą noc z bólu. Stwierdziłem, że budzenie go byłoby tym samym co kopanie leżącego, więc napisałem mu kartkę, w której poprosiłem o sprzedanie mojego roweru rzecz jasna z określonym odsetkiem dla niego. Jak się okazało wczoraj, rower sprzedał i pieniądze niedługo będą na moim koncie, także wszystko w porządku. :)

Wypiłem ostatnią herbatę w Finlandii i w momencie kiedy już miałem wychodzić Ed wstał z łóżka, tylko po to, żeby powiedzieć goodbye. Miło. Jak potem dodał, wcale nie zamierza chorować i jedzie zaraz do biblioteki. Desperat? Książki miłuje bardziej niż własne zdrowie? Nie wiem, w każdym razie jest trochę maniak, ale pozytywny.

Poszedłem na przystanek. Trzeci raz będąc w Finlandii pojechałem gdzieś autobusem. Kupiłem bilet, spojrzałem ostatni raz na budynek G i Roninmaki i tyle.

Na dworcu spotkałem się z Pią, która wydawała się być dosyć smutna faktem, że wyjeżdżam. Pożegnała się ze mną i dała mi moją torbę, którą zostawiłem u niej dzień wcześniej. Rozmawialiśmy przez jakieś pół godziny, po czym przyjechał pociąg i musiałem wsiąść. Ostatnie spojrzenie na Jyvaskyla i moją wspaniałą, dobrze zorganizowaną, odpowiedzialną, uprzejmą tutorkę (yes Pia, I know You read this, but still, you are the best tutor there, University should be proud of You!) i odjazd.

Podróż pociągiem minęła dosyć spokojnie. W zasadzie to bardzo szybko, niby kilka godzin, a  dosyć krótko poszło. Przesiadka w Tampere na drugi pociąg i jazda do Helsinek. W Helsinkach stwierdziłem, że mam jeszcze jakieś 3 godziny do odlotu, więc jadę standardowym autobusem przez całe miasto (ponadto był tańszy… ekspres na lotnisko kosztował o wiele więcej). Na lotnisko zwyczajnym miejskim autobusem jedzie się jakieś półtorej godziny. Przynajmniej czas mi szybko zleciał.

Na lotnisku podszedłem do odprawy, dałem bagaż, paszport, wszystko w porządku. Karta pokładowa, schody, bramka, rękaw i miejsce D14 w Embraerze 175 PLL Lot. Dwie godziny potem byłem w Warszawie, gdzie czekali na mnie rodzice i Maks z moją torbą. Pożegnałem się z nim i podziękowałem, a potem to już w długą i do Bełchatowa.

Tęsknię trochę za Finlandią. Może i jest tam zimno przez większość roku i ciemno przez sporą jego cześć, to jednak krajobrazy, jeziora a przede wszystkim ludzie, których poznałem stworzyli ten miły klimat, w którym miałem okazję żyć przez te kilka miesięcy. Mam nadzieję, że spotkam przynajmniej część osób, które towarzyszyły mi przez cały spędzony tam czas w przyszłości. Liczę na to.

Póki co żegnam się z wami. Bloga nie wyłączam. Zmienię trochę jego profil i będę publikował jakieś felietoniki czy tam inne formy narzekania na społeczeństwo, politykę, ludzi itd. Chwalić też będę, także nie zniechęcajcie się wstępnym podejściem. :)

Życzę wam miłej wiosny, ciepłych temperatur, a maturzystom zdania wszystkich egzaminów. Powodzenia! Dziękuję, że przez cztery miesiące chciało Wam się czytać moje wypociny.

Z Bogiem!

Posted in Bez kategorii | Leave a comment

Ta ostatnia niedziela; Vappu

Tak, wiem, że dawno nie było wpisu… łoh, jakieś ponad 10 dni… Przepraszam Was bardzo za to, ale miałem trochę czytania i trochę pisania przez ten czas, a dziać? No działo się trochę, ale o tym za chwilę.

Zdaję sobie sprawę, że to jest mój przedostatni wpis w Finlandii (ostatni będzie w czwartek). W piątek o godzinie trzynastej wsiadam w pociąg do Helsinek, a potem w samolot do Warszawy. Spokojnie, podejrzewam, że nie będzie więcej takich niespodzianek jak po przylocie. Tym razem mam lot bez przesiadki, PLL Lot Helsinki-Warszawa. Bilet kupiony, wszystko załatwione, mogę wracać i korzystać z wakacji (taaa… pomijając fakt, że dwa egzaminy w Poznaniu mam do zaliczenia – między innymi dlatego wracam wcześniej). W czwartek będę miał ostatni egzamin, a mam jeszcze kilka tekstów do przeczytania na niego, dlatego teraz siedzę późno i robię ten wpis.

Od ostatniego wpisu działo się troszkę. Opiszę co ważniejsze rzeczy. :)

W sobotę pojechaliśmy z Jackiem do księdza Oscara (ten z Ekwadoru). Jacek w poniedziałek wylatywał, więc stwierdziliśmy, że to byłby dobry sposób na powiedzenie do widzenia, pójście gdzieś na pizzę, wypicie piwa czy coś. Doczytałem resztę książki, spakowaliśmy piwo do plecaka i pojechaliśmy.
Oscar gościł akurat jednego kleryka z Chile, o ile dobrze pamiętam to ma na imię Mario. W końcu ktoś w grupie, kto zna angielski. Przy okazji, zauważyłem, że hiszpański jest na tyle łatwym językiem, że słowa zapamiętuję się momentalnie. Po dwóch godzinach siedzenia z całą trójką gadającą po hiszpańsku, zacząłem sam sklejać jakieś drobne zdania w tym języku (rzecz jasna, bazując trochę na słowach, które wcześniej znałem). Pojechaliśmy samochodem na Kortepohję do tej pizzerii, co zawsze, czyli do Sebastian’s. Przy okazji spotkałem Maksa (też o nim pisałem, poznałem go i jego żonę w kościele, patrz, wpis z pierwszego albo drugiego kwietnia). Okazało się, że jedzie do Polski w poniedziałek, więc umówiłem się z nim, że dam mu trochę rzeczy. Jest z Warszawy, czyli odbiorę część gratów po wylądowaniu w stolicy.
Po krótkiej rozmowie dołączyłem do moich compañeros i zjedliśmy pizzę, przy okazji dyskutując łamaną hiszpańszczyzną o jakości śpiewu uczestników karaoke.
Pod wieczór wróciliśmy na plebanię, usiedliśmy przy piwie i zaczęliśmy gadać o jakichś sprawach religijnych, którymi nie chcę Was teraz zanudzać. I tak minęła sobota, wcześniej albo nie robiłem nic ważnego, albo nie pamiętam co robiłem.

W niedzielę wstałem dosyć wcześnie, żeby nie zaspać do kościoła. Podjechaliśmy z Jackiem w samo południe na Mszę. Ze względu na to, że ks. Krystian jest w Polsce, nabożeństwo odprawiał Oscar, który prawie w ogóle nie mówi po angielsku. Uniwersalne formułki mówił rzecz jasna po fińsku, każdy przecież dobrze wie, chociażby z przyzwyczajenia, jak co idzie, kazanie natomiast wygłosił po hiszpańsku z pomocą południowoamerykańskiej tłumaczki. Dość zabawnie wyglądała jej mina, kiedy nie wiedziała jak przetłumaczyć jakiś zwrot, w każdym razie poradziła sobie świetnie i brawa jej się należą. Po Mszy poszedłem porozmawiać z Maksem, dałem mu torbę ze szpargałami. Oprócz niego, była jego żona, Michał z Moniką (nasi sąsiedzi z góry) i jedna dziewczyna, z którą w Wielkanoc rozmawiałem po niemiecku. Słoneczna pogoda i ciepła temperatura wywołała dosyć przyjazną aurę. W ogóle ostatnio jest bardzo ciepło, czasami temperatura dochodzi nawet do 20 stopni, a śniegu już prawie w ogóle nie ma. Zadziwiające jak szybko zmienia się temperatura tutaj, jeszcze tydzień temu było na zerze, teraz już 20. Wiosna na dobre przyszła do Doliny Muminków.
Po powrocie do domu trochę czytałem, a pod wieczór poszedłem na spacer po okolicy, żeby hmm… podoceniać trochę piękno tutejszej przyrody (Roninmaentie jest na obrzeżach miasta, dużo drzew i jezioro Myllyjarvi). Polecam bardzo z książek dzieła Thomasa S. Eliota i Gilberta K. Chestertona, tego drugiego w szczególności Człowieka, który był czwartkiem. Pierwszego warto przeczytać chociażby dlatego, że był noblistą, drugi świetnie operował ironią.

A dzisiaj, tj. wtorek? Razem z Minzey sprzedaliśmy rower Jacka jednemu… Mormonowi. Pojawił się w towarzystwie kolegi. Obaj ubrani w garnitury i koszule z krawatem, rzecz jasna z obowiązkowym plecakiem z tyłu (jeny, wg. mnie wkładać plecak do garnituru, to tak jak na wojnę w Afganistanie włożyć różowy trykot, ale dobra, nie wybrzydzajmy, w końcu rower kupił), W kieszeniach ich marynarek wpięte plakietki z napisem Missionary of the Church of Jesus Christ of Latter-day Saints i nazwiskami. Obaj z USA, obaj z Utah, stanu-matki dla Mormonów. Po krótkiej rozmowie kupili rower. Rzecz jasna nie obyło się bez misji i propozycji uczestniczenia w spotkaniach. :)

Po udanej transakcji stwierdziłem, że czas najwyższy umyć mój rower i dokręcić niektóre śrubki. Zapakowałem rower do windy i słuchając głośno BBC2 wyszorowałem cały pojazd przy okazji naprawiając ciągle odskakującą i rzegoczącą osłonkę na łańcuch. Potem przejechałem się rowerem zobaczyć jak Finowie świętują Vappu.

Vappu to jedno z narodowych świąt w Finlandii. Odbywa się pierwszego maja i jest mniej więcej czymś w podobie nocy Walpurgii w Niemczech czy nocy świętojańskiej u nas. Dla studentów i absolwentów szkół średnich jest to coś w stylu naszych juwenaliów. Ludzie po szkołach średnich noszą białe czapki uczniowskie. Okres noszenia czapki zapoczątkowany jest co roku nałożeniem podobnego nakrycia głowy na pomnik Minny Canth, który stoi nieopodal kościoła luterańskiego w centrum miasta. Od tego momentu przez 24 godziny czapeczka jest standardowym nakryciem głowy. Ponadto w czasie Vappu dużo się pije, w szczególności dużo musującego wina. Partia Socjaldemokratyczna w Finlandii łączy obchody Vappu ze świętem pracy, ale samo ono nie jest bardzo ważne dla Finów. Byłem bardzo zdziwiony przebiegiem święta. Jedyne co ludzie robili, to siedzieli w parkach, pili alkohol i grzali się w majowym słońcu. Zero koncertów, zero większych imprez. Jedynie stragany z 1001 drobiazgami i stare samochody na ulicach. Posiedziałem trochę w centrum miasta, po czym podjechałem na Kortepohję zobaczyć się z Pią. Posiedziałem trochę u niej, pogadaliśmy i napiliśmy się wina musującego, co by tradycję podtrzymać. Pożyczyłem od niej na moment tę studencką czapkę, akurat ten sam rozmiar głowy co mój. Każda czapka jest robiona ręcznie i kosztuje mniej więcej €30. Niektóre czapki mają długi czarny frędzel przyczepiony na samym jej środku, oznacza to, że osoba skończyła szkołę techniczną. Na czarnym otoku jest symbol Uniwersytetu Helsinskiego, kółeczko z lirą wpisaną w środek. Można zamówić sobie czapkę ze znaczkiem z prawdziwego złota i ze skórzanym daszkiem zamiast plastikowego, ale to rzecz jasna kosztuje więcej. :)

Biała czapeczka, niektórzy mówią, że wygląda jak marynarska...

 

To tyle z wydarzeń. Podejrzewam, że jeszcze dwa wpisy i mój blog się skończy… Najwyżej zmienię mu nazwę i będę wpisywał jakieś moje felietony (idąc za radą pewnej Pani :P ).

Trzymajcie się ciepło i korzystajcie z dobrej pogody w Polsce. Słyszałem, że jest koło 30 stopni.

Z Bogiem!

Posted in Bez kategorii | 2 Comments

Hazard

Jako, że ciągle nie mam zdjęć z Kajaani, stwierdziłem, że nie chcę Was niepokoić brakiem wpisów na blogu, więc postanowiłem opisać coś, co zauważyłem już dawno temu, a dopiero teraz odkryłem siłę tego zjawiska. Jak tylko dostanę fotografie z niedzielnego wyjazdu, postaram się zrobić gigantyczny wpis opisujący cały dzień. Dzisiaj będzie o hazardzie. Zapraszam.

O ile Finowie uchodzą za cichych, spokojnych, przestrzegających prawa obywateli, to jest też czarna strona Finlandii. Po ciemnej stronie Finlandii, oprócz alkoholizmu i jednego z najwyższych w Europie wskaźników samobójstw jest też hazard.
Automaty do grania można tutaj znaleźć w zasadzie wszędzie. Nie ważne, czy idzie się do supermarketu na zakupy, czy do pubu na piwo, wszędzie obecne są automaty do gry. Nawet w najmniejszych sklepikach spożywczych automaty są czymś powszednim. Podobnie jest ze stołami do pokera i innymi grami pieniężnymi. Finowie, w szczególności emerytowani, mają skłonność do grania swoimi pieniędzmi w nadziei na wygranie chociaż kilku Euro. Moim zdaniem to jest jakaś zbiorowa choroba wywołana brakiem słońca i ciągłą zimą… albo po prostu zbiorowym pomieszaniem w głowach od nadmiaru pieniędzy (co ciekawe, których też aż tak dużo nie mają), nie znam się na tyle na Finach, żeby to oceniać, mówię co widzę.

Siedzimy w pizzerii na przedmieściach Jyväskylä, czekamy na główne danie popijając słabym fińskim piwem, którego cena jest nie tyle zawyżona, co po prostu totalnie nieproporcjonalna do jakości spożywanego produktu (z tego samego powodu, jeśli zdarza nam się kupować piwo, to głównie importowane czeskie, jest dosyć tanie, a co jak co, ale Czesi znają się na warzeniu piwa jak mało kto na świecie). Dookoła nas mnóstwo ludzi, większość wiwatuje oglądając mistrzostwa hokeja. Dookoła nas pełno automatów, przy których zgromadzeni są ludzie, wszystkie migają pstrokatymi światełkami i wydają strasznie irytujące dźwięki. Część ludzi ma szczęście i wygrywa tu jakieś pieniądze, ja nie mam najmniejszej ochoty się w to bawić, za dużo do stracenia. Swoją drogą w Finlandii muszą mieć dosyć duże emerytury. Średnia wieku osób zgromadzonych przy automatach waha się pomiędzy 50 a 100.
Te automaty atakują człowieka w zasadzie w każdym miejscu, do którego się uda. Wielkie centra handlowe są pełne różnych jednorękich bandytów i flipperów. Spotkałem nawet automaty w stylu Milionerów, na których gra polega na odpowiadaniu na poszczególne pytania z wiedzy powszechnej. W to jeszcze bym mógł zagrać, ale szkoda mi pieniędzy, a poza tym nie znam fińskiego, więc i tak nie miałoby to większego sensu.

Edvard mówi, że problem hazardu jest wspólny dla wszystkich państw skandynawskich, a także dla Estonii. Z tego co oglądałem w jakimś dokumencie, np. w Szwecji jest jakaś obsesja na punkcie Bingo i innych tego typu gier. W Estonii hazard ogranicza się do kasyn, których i tak jest dużo (przynajmniej jedno kasyno na miasto wielkości naszego Swarzędza… no dobra, w Estonii miasto tej wielkości jest jednym z większych w tym kraju).

Nie wiem dokładnie co sprawia, że Skandynawowie tak lubują się w marnowaniu swoich pieniędzy, czy chodzi tu o warunki pogodowe, czy klimat, czy po prostu chęć rozrywki. W profesjonalnym gamblingu przewyższają ich chyba tylko Australijczycy (w Australii zakłady są czymś normalnym, mówi się, że typowy Australijczyk siedząc na przystanku, będzie zakładał się z drugim o to, czy np. ktoś dobiegnie na czas do autobusu).

Tyle na dzisiaj… jak tylko dostanę zdjęcia z Kajaani, podzielę się z wami całym długim wpisem.

Z Bogiem!

Posted in Bez kategorii | Leave a comment

I kolejny egzamin

No to już jestem po drugim egzaminie. W ogóle ostatni tydzień był raczej nudnawy, bo zogniskowany głównie wokół trzech książek, których rzecz jasna nie mogłem wcześniej przeczytać, bo jak wiadomo, przeszkadzał mi wierny towarzysz leń. No dobra pozarywałem trochę nocek, no i co z tego, nauczyłem się, za dwa tygodnie się okaże na jaką ocenę. Mam wrażenie, że zdam, ale wszystko może się zdarzyć. Mam nadzieję, że wszystko będzie w porządku.

Święta mi minęły dosyć spokojnie i bardzo hmm… kościelnie. Zaczęło się od sobotniej mszy wieczornej ze świecami. Sama msza była bardzo długa i wszystko odbywało się w języku fińskim, ale w końcu Wielkanoc, więc wcale się nie dziwię. Niby Wielkanoc, a na dworze aura typowo Bożonarodzeniowa, świeżo opadnięty śnieg, temperatura przynajmniej -10 i lód na ulicach. Po mszy poszedłem na poczęstunek na plebanii, podczas którego miałem okazję poprzypominać sobie trochę niemiecki, a to za sprawą jednej studentki, Finki, ale pochodzenia niemieckiego. Po kilku godzinach wszyscy się rozeszli, zostałem ja, siostry zakonne, Maks i Marta (polskie małżeństwo, o którym już kiedyś wspominałem). Po dodatkowych kilku godzinach pogadanek zostałem obdarzony przez siostry wspaniałym birmańskimi pierogami, sałatką jarzynową i ciastkami. Opłaca się chodzić do kościoła :P .

W Wielkanoc czekała mnie naprawdę kapitalna niespodzianka. Wyglądając przez okno zauważyłem kilku facetów grających w krykieta. Pomyślałem sobie, że w zasadzie nigdy w to nie grałem, a samą grę kojarzę tylko z filmów o brytyjskiej arystokracji, więc przeszedłem się do nich, najpierw tylko po to, żeby podpatrzeć, a potem zagadać i spytać o co chodzi. Mężczyźni okazali się studentami z Pakistanu. Było mi bardzo miło, bo zaprosili mnie do gry. Z początku szło mi kiepsko, głównie ze względu na mój mentalny zez rozbieżny (to nie tak, że mam zeza rozbieżnego, po prostu… no dobra, po prostu nie umiem trafić piłki kijem, o!) i brak doświadczenia w grze, ale ostatecznie po pewnym czasie już odbijałem piłkę. Grało się wspaniale, może ze wzgledu, że to był pierwszy raz, kiedy grałem w krykieta…
Zawsze kojarzyłem tę grę z Anglią. No jest to niewątpliwie typowo angielska gra, ale nie zapominajmy, że nad Wielką Brytanią kiedyś słońce nie zachodziło i na eksport oprócz żołnierzy i niezliczonej liczby brytyjskich flag szły także gry zespołowe i towarzyskie :) . Aktualnie sytuacja jest taka, że Pakistan i Indie mają dosyć dobrą reprezentację w krykieta i biorą udział w Mistrzostwach Commonwealth’u.

W poniedziałek, jako że Drugie Święto Wielkiejnocy, też poszedłem do kościoła. Tym razem po mszy na tyle dobrze mi się gadało z księdzem, że zostałem posprzątać kościół (czułem jakąś wewnętrzną potrzebę odpłacenia się za siostrzane frykasy). W ramach podziękowania zostałem zaproszony na parafię na obiad. Padre Oscar (ten ksiądz z Ekwadoru) zrobił carbonarę, bardzo dobrą zresztą. Ostatecznie zasiedziałem się jeszcze na jednym filmie i rozmowie o egzorcyzmach. Hmm… jeszcze nigdy tak szybko nie jechałem rowerem do akademika (baaaaaardzo boję się tych tematów, z drugiej strony lubię o nich rozmawiać).

Reszta tygodnia zleciała w zasadzie na czytaniu i uczeniu się. Nie przespałem dwóch nocy, dlatego teraz piszę ten tekst czując się jak miękki naleśnik, przechylam się z prawa na lewo a moje powieki powoli spływają w dół…

Dzisiaj był egzamin, ostatni book exam w czasie mojej wymiany. Mam nadzieję, że zdałem, niby trzy pytania, ale baaaaaaaardzo ogólne, także można było odpowiedzieć równie dobrze jednym zdaniem, jak i setką stron. Jakoś to będzie, mam wrażenie, że zdałem. Potem mieliśmy wykład, tym razem o Romach w Jyvaskyla. Nie był za bardzo interesujący, ale zawsze coś.

Dobra, ja zawijam spać, bo zaraz padnę na klawiaturę. Trzymajcie się i wybaczcie brak wpisów ostatnimi czasy, ale miałem zapi**rz jak stąd do New Delhi.

Z Bogiem!

Posted in Bez kategorii | Leave a comment

Wielkanoc

Wielkanoc uderzyła mnie niemiecką muzyką klasyczną, siedzeniem po nocach a to skype’ując, a to czytając coś na wykłady lub dla przyjemności. Zdałem sobie też sprawę z tego, że właśnie rozpoczął się mój ostatni miesiąc w Finlandii. Jeszcze tylko miesiąc niecały i będziecie mogli mi osobiście zadawać pytania o pobyt w tym ciągle zaśnieżonym kraju. Mimo poprawy długości dnia i czasami także temperatur, ciągle jest dużo śniegu, który spada na przemian z topnieniem. Jednego dnia pada masa śniegu, tak, że ledwo co da się rower przeprowadzić po ulicy, a drugiego wychodzi słońce i z grubej warstwy śnieżniej pierzyny robi się wielka płynąca w dół zbocza kałuża, po której jazda rowerem kończy się poplamionymi błotem spodniami.

Muszę powiedzieć, że przez te warunki atmosferyczne, Finlandia wydaje mi się strasznie zwariowanym pogodowo krajem. Jedno jest pewne, będąc tutaj trzeba zapomnieć o prawidłowościach prognoz pojawiających się zarówno w internecie, jak i w prasie czy radio (telewizora na szczęście nie mam, a w BBC World Service czasami pojawia się informacja o nadchodzących opadach). W kwestii pogody najlepiej zdać się na lokalnych i na optymizm w stylu: jak będzie słońce, to trzeba się uśmiechać i mieć nadzieje, że zaraz mrozy ustaną, a jak będzie śnieg, to cieszyć się, że ma się ostatnie chwile zimy w tym roku. To drugie jest w moim przypadku dosyć trudne do osiągnięcia, bo zimy nienawidzę z całego serca, ale no co począć, sam sobie to piekło wybrałem :) . Najwyżej da mi to motywacje do wakacyjnego wyjazdu do jakiegoś bardzo ciepłego kraju… zawsze chciałem odwiedzić Maroko… może warto w tym roku spróbować?
Dlaczego nienawidzę śniegu i zimy? Chyba dlatego, że urodziłem się w styczniu. Musieli chyba  jakieś przerwy w grzaniu albo dostawie prądu w szpitalu, przez co mi było bardzo zimno…
O ile same temperatury nie są jeszcze bardzo tragiczne, to trochę doskwiera mi tęsknota do koloru zielonego. Gorsze temperatury, jak zapewne wiecie, męczyły mnie tutaj w lutym. Fińska zima jest ciekawym przeżyciem, ale mam szczerą nadzieję, że nigdy więcej już go nie doświadczę.
Krótko mówiąc, o ile moje Boże Narodzenie pod względem krajobrazowym było dosyć kolorowe, o tyle te święta można uznać za białe :) .

Dlaczego uderzyła mnie niemiecka muzyka klasyczna? Nie wiem. Początek zimy uderzył mnie rosyjskim romantyzmem, to początek wiosny przeniósł romantyzm w inny rejon geograficzny. Epoka się nie zmieniła, jedynie kraj pochodzenia artystów, tak więc wsłuchuję się nocami w Wagnera i Beethovena.
Licealiści kochani, nie dajcie się zwieść wizji romantyzmu, którą daje wam polski system edukacji. Romantyzm nie kończy się na Mickiewiczowskim pier****niu (które mimo wszystko też niosło bardzo wzniosłe idee), wystarczy popatrzeć na romantyczny Zachód, Goethe, Byron, nawet Edgar Allan Poe się w to wpisuje (to z kolei powinno skłonić do zainteresowania się epoką fanów fantasy). Słuchajcie muzyki, czytajcie wiersze, dramaty. Najcudowniejszy moment w rozwoju kultur narodowych, tego wszystkiego, czego w dzisiejszym, zdominowanym przez Amełikę i Brukselę świecie brakuje.

Wielkanoc wywarła na mnie pewne, niespodziewane dotąd przeze mnie, zbliżenie do Kościoła Katolickiego. Nagle zdałem sobie sprawę, że w zdecydowanie dużej części spraw, w szczególności społecznych i teologicznych bardziej zgadzam się z Rzymem niż z niektórymi dzisiejszymi teologami kalwińskimi czy luterańskimi (samego Lutra uważam za konserwatystę w tradycyjnym tego słowa znaczeniu i osobę, która powinna być szanowana za to co zrobiła dla chrześcijaństwa, Kalwina aktualnie postrzegam jako genewskiego tyrana i rewolucjonistę, a jak moi znajomi wiedzą, większością rewolucji gardziłem, gardzę i gardzić będę, nie każdą rewolucją, bo i ciężko byłoby mi gardzić rewolucją neolityczną na przykład, rzecz jasna samą teologię kalwińską szanuję, bo przecież bez szacunku czy akceptacji nie mógłbym kilka lat temu dokonać aktu konfirmacji). Teologia protestancka gdzieniegdzie poszła tak do przodu, że wyprzedziła w swoich założeniach Biblię. Rzecz jasna wielu liberalnych chrześcijan zapewne się ze mną nie zgodzi, ale w końcu w ich liberalizmie też teoretycznie chodzi o to, że sam sobie mogę wybrać jak Biblię interpretuję, więc nie powinna ta grupka oświeconych mieć cokolwiek przeciwko moim konserwatywnym i zaściankowym przekonaniom. W końcu w ich założeniu różnorodność interpretacji to podstawa funkcjonowania Kościoła.

To sprowadza mnie z kolei do liberalizmu w ogóle. Sam liberalizm moim zdaniem jest jedyną pozytywną i budującą społeczeństwo obywatelskie ideą, bo opiera się na odrzuceniu przymusu. Mam na myśli rzecz jasna liberalizm w rozumieniu pierwotnym, ten liberalizm, który zbuntował amerykańskie kolonie, ten liberalizm, który wdrażała pani Thatcher i ten liberalizm, o którym pisał Locke. Z drugiej strony osobiście wybieram postawę nieco tradycjonalistyczną lub konserwatywną, z racji jej praktycznego aspektu. Moim zdaniem idealny system społeczny powinien oscylować pomiędzy jednym a drugim. Z jednej strony promować niezależność i kreatywność jednostki, a z drugiej wyznaczać pewne normy, które nie pozwalałyby nam zwariować. Gdybym wiedział, że większość ludzi w swoich działaniach bierze pod uwagę normy moralne, stałbym się anarchistą, ale jak wszyscy wiemy ludzie idealni nie są. Państwo nie istnieje bez sensu, ale zbyt duża jego ingerencja ma swoje wielkie minusy. Problemem konserwatyzmu z kolei jest fakt istnienia wielu koncepcji w społeczeństwie i wielu różnych wizji. Z drugiej strony część z tych wizji, jak socjalizm, faszyzm czy komunizm może być bardzo niebezpieczna, a jak wiadomo, te durne (chociaż czasami właściwe, ale jak to ktoś powiedział, ideą niebezpieczną nie jest idea błędna, ideą niebezpieczną jest idea częściowo poprawna, więc…) idee do niczego dobrego nie doprowadziły, także powstaje pytanie, czy warto takim ludziom pozwalać na rządzenie? Moim zdaniem warto im przede wszystkim pozwalać na wypowiadanie się i słuchać tego, w jaki sposób komentują i jakie argumenty stawiają, nie po to, żeby wierzyć we wszystko, ale przede wszystkim po to, żeby samemu szukać kontrargumentów, albo znajdować minusy swojego działania. Problem pojawia się w demokracji, stąd poniekąd jestem sceptycznie nastawiony do tego systemu… w końcu na Hitlera głosowano. Demokracja daje lekkie złudzenie swojego pragmatyzmu, korygowania błędów poprzedników. W praktyce wychodzi jednak tak, że jedna partia jest wybierana, wywołuje kryzys, wchodzi druga partia, który go naprawia, a potem w wyniku znudzenia, wybierana jest poprzednia partia, która, ta dam, wywołuje kolejny kryzys. Przykład? Wielka Brytania w ciągu ostatnich kilku dekad. Partia Pracy wywołała kryzys i bezrobocie (no dobra, poniekąd kryzys pogłębiony przez ówczesną sytuację na rynku paliw), Partia Konserwatywna naprawiła (chociaż przy końcu złotej epoki brytyjskiego konserwatyzmu, w szczególności za Johna Majora, ten system też zboczył z kursu), to potem Tony Blair i Gordon Brown znowu wywołali kryzys, teraz Partia Konserwatywna z większymi i mniejszymi sukcesami próbuje to naprawić… Ciężko stwierdzić, który system jest dobry. W teorii demokracja jest jednym z najgorszych systemów (jak powiedział Thomas Jefferson, Demokracja to nic innego jak rządy motłochu, w których 51 procent ludzi może odebrać prawa pozostałym 49 procentom), z drugiej strony w praktyce ten póki co się sprawdza w miarę humanitarnie, aczkolwiek wciąż obstaję za jakąś pragmatyczną dyktaturą lub monarchią oświeconą.

Nieważne… miało wyjść świątecznie, wyszedł polityczno, teologiczno, ideowy manifest. Przepraszam, musiałem!

Święta będę miał na obczyźnie. Pierwszy raz z dala od rodziny, z dala od matki, ojca i kochanej babci, do której muszę zadzwonić niedługo, bo w końcu o mnie zapomni! Całe szczęście jest tutaj trochę ludzi, których święta jeszcze coś obchodzą, także coś na pewno zorganizujemy.

Póki co, żegnam się z wami ciepło i życzę wam Wesołych Świąt Wielkiejnocy! Niech Zmartwychwstały da wam radość i poczucie spełnienia!

Z Bogiem!

 

****Z całym szacunkiem dla Adama Mickiewicza, ale jego dzieła czasami naprawdę
przeradzają się w niezły bełkot…

Posted in Bez kategorii | Leave a comment

Ale za to niedziela…

…będzie dla was. Proszę bardzo, długo wyczekiwany wpis, z poślizgiem sześciodniowym, ale jest. Postaram się napisać dłuuugo, bo i dzień był fantastyczny dzisiaj.

Generalnie to piątek był całkiem fajny z ostatniego tygodnia. W końcu wykład, na którym nie przysypiałem. Czysta etnografia, coś co uwielbiam. Wykład prowadzony przez kobietę z ludu Saamów z Laponii. Pełny strój, niebieska sukienka, dużo srebrnej biżuterii, czerwona czapeczka. Opowiedziała nam historię swojego ludu i wszystkie ciekawostki o nim przy okazji wyśpiewując tradycyjne pieśni lapońskie, przygrywając do tego na bębnie zrobionym ze skóry renifera. W zasadzie wszystkie skórzane rzeczy, których używała (buty, torba itd.) były wykonane ze skór reniferów. Odtworzyła też trochę ludowych piosenek w wykonaniu folkowych śpiewaczy lapońskich. Generalnie bardzo ciekawy wykład, na którym mało kto spał. :)

Sobota upłynęła mi w zasadzie na siedzeniu w mieszkaniu i poprawianiu esejów, jedyne miejsce które odwiedziłem, to supermarket, także niezbyt ciekawie… ale też miło. :)

Dzisiaj było kościelnie, jak w każdą niedzielę. Pojechałem na dwunastą do katolików na mszę, bo palmowa tylko po to, żeby pocałować klamkę. Okazało się, że msza dzisiaj była o 10:30 tylko, ze względu na przyjazd biskupa Helsinek (zwierzchnika Kościoła Katolickiego w Finlandii). Bp. Teemu Sippo, jak już kiedyś wspominałem, jest pierwszym biskupem katolickim będącym rdzennym Finem od czasów reformacji protestanckiej. Generalnie załapałem się na poczęstunek na plebanii, także zdołałem porozmawiać zarówno ze studentami, jak i z ks. Krystianem i siostrami. Bp. Sippo podszedł do naszego stolika i zamienił z nami parę słów. Sprawiał wrażenie bardzo skromnego człowieka.
Dowiedziałem się, że o 16:00, ze względu na ekumeniczne spotkanie katolików, prawosławnych i luteranów w Jyväskylä odbędzie się ekumeniczna liturgia w cerkwii, a potem koncert bardzo dobrego chóru prawosławnego z Turku bodajże. Wróciłem po poczęstunku i dłuuugich rozmowach ze studentami do akademika na jakieś dwie godziny. Zaprosiłem Edvarda na koncert. O dziwo zgodził się, a teraz nie żałuje. Zdążyliśmy dojechać naszymi rowerami na 16:00 do cerkwii i po liturgii poszliśmy na obiad zorganizowany przez parafię prawosławną. Znowu miałem okazję do porozmawiania z żoną batiuszki i samym batiuszką Aleksandrem (tym z Białegostoku, o którymś już kiedyś pisałem), a także z częścią katolickich studentów, na których natknąłem się wcześniej. Cerkiewny obiad był całkiem smaczny, warzywna zapiekanka z sałatką, bardzo wegetariańsko, ale smacznie.
Od księdza dowiedziałem się, że sam koncert odbędzie się w kościele luterańskim, który znajduje się… na drugim końcu miasta…  No nic. Batiuszka wytłumaczył drogę Edvardowi i ruszyliśmy. Przejechaliśmy naszymi rowerami w zasadzie dookoła miasta, mijając lasy otaczające miejscowość, a także dystrykty przemysłowe i Kortepohję, żeby dojechać w okolice… naszych akademików… No cóż, bywa i tak.
Kościółek Keltinmäki znajduje się jakieś dwa kilometry od naszych akademików i z zewnątrz raczej przypomina szkołę niż kościół. W środku natomiast jest jak najbardziej kościołem. Na zewnątrz spotkaliśmy znajome studenckie małżeństwo z Polski. Powiedzieli nam, że koncert biletowany… nosz cholera jasna. No nic, stwierdziliśmy, że poczekamy chwilę, to może kasjerzy się usuną. Na przeszpiegi pierwszy poszedł Edvard. Po kilku minutach dostałem esemesa, że droga wolna, można wchodzić… uff… ani nie miałem, ani jakoś specjalnie nie chciałem wydawać 5€ na występ… który swoją drogą był cudowny. Niesamowita jest potęga głosów w prawosławnym chórze. Zero instrumentów, wszystkie pieśni wykonywane przez śpiewaków. Idealne muzyczne otoczenie do modlitwy i refleksji nad samym sobą. Nie obyło się bez gafy… w pewnym momencie jednemu ze śpiewaków zaczął dzwonić telefon… całe szczęście dyrygent obrócił to w żart i myślę, że nikt nie poczuł się specjalnie oburzony. Rzecz jasna na koncercie byli obecni przedstawiciele trzech wymienionych wcześniej kościołów, łącznie z katolickim i prawosławnym biskupem.

Po wyjściu z kościoła pożegnaliśmy się ze znajomymi i pojechaliśmy z Edem do naszego mieszkania. Tak nam minęła niedziela. Żałuję, że nie nagrałem chociaż jednej pieśni… No nic… musicie mi wierzyć na słowo (nie, nie bawię się w Prima Aprilis w tym momencie :P ).
Póki co, do następnego wpisu i…

z Bogiem! 

Posted in Bez kategorii | Leave a comment

Kuopio!

Najlepszy dzień, który miałem w Finlandii póki co. Wycieczka misyjna do katolickiej diaspory w Kuopio. Okej, nie brzmi to zbyt ekscytująco na pierwszy rzut oka i zapewne skojarzyło wam się z czymś nudnym… No to teraz będę miał cały wpis o tym, żeby was z tego błędu wyprowadzić.

Kuopio to miasto, które leży jakieś 140 kilometrów na północny wschód od Jyväskylä i jedzie się tam przez malowniczą krainę jezior pokrytych lodem, iglastych lasów i skał, które osaczają gdzieniegdzie drogę z obu stron. Ze względu na ograniczenia prędkości, oraz rekordowo dużą liczbę fotoradarów wzdłuż drogi jedzie się tam dosyć długo… (gdzieniegdzie prędkość max. wynosi 80 km/h). Długa podróż jednak ma swoje pozytywne aspekty… mianowicie dłuuugie rozmowy na tematy, no w tym przypadku głównie religijne.
Generalnie wybraliśmy się w składzie: Jacek- kierowca, ks. Krystian, ks. Oscar (z Ekwadoru) i siostra, której imienia nie jestem pewien, więc nie będę pisał, żeby nie skłamać (uzupełnię jak się dowiem).
Ksiądz Krystian jest bardzo studenckim księdzem. W czasie rozmów z nim wiadomo, że został księdzem czysto z powołania. Jest to jego druga misja, pierwszą odbywał w Chile, stąd dobrze mówi po hiszpańsku, stąd zna bardzo dobrze hiszpański. Ponadto, oprócz polskiego, zna jeszcze pięć języków obcych, rzecz jasna włączając łacinę, fiński i angielski. Bardzo przyjemnie się z nim rozmawia na tematy wiary i Kościoła, jest jednym z tych księży, których brakuje w polskich szkołach, otwarty na dyskusję, obeznany w problemach naszego świata, a z drugiej strony twardo trzymający się wiary i katolickiego porządku. Myślę, że gdyby większość katechetów w Polsce w taki sposób podchodziła do uczniów, katecheza nie byłaby dla gimnazjalistów, czy licealistów katorgą i rodzajem okienka na odrabianie prac domowych czy pogaduchy, tylko naprawdę cholernie inteligentną porcją zarówno dyskusji, jak i nauki.
Jadąc zaskoczyła mnie niewiarygodnie dobra znajomość hiszpańskiego u Jacka. W zasadzie całą drogę przegadał z księdzem Oscarem. Wiedziałem co prawda, że mówi on po hiszpańsku, w końcu byliśmy tutaj na kilku imprezach z Hiszpanami i trochę z nimi rozmawiał, ale nie wiedziałem, że jego hiszpański jest aż tak dobry. Sam też w końcu muszę się zacząć uczyć tego języka, bo podręcznik, który dostałem od M. nie może bezczynnie leżeć.

W czasie podróży rozmawialiśmy z księdzem i siostrą także o pewnych problemach dotykających fińskie społeczeństwo i religię chrześcijańską w Finlandii. Generalnie religia jest moim zdaniem czasami dyskryminowana tutaj. Niby jest formalny rozdział kościoła od państwa, a z drugiej strony państwo wtrąca się w sprawy kościelne. Przykładowo, siostra opowiadała o liście, który zakonnice w Jyväskylä dostały od urzędu miasta, w którym władze miejskie stwierdziły, że przedszkole prowadzone przez parafię powinno skończyć z chrześcijańską agitacją wśród dzieci. Czegoś tu nie rozumiem. Skoro rodzice posyłają dzieci do chrześcijańskiego przedszkola, to raczej zależy im na tym, żeby przekazywać im pewną wiedzę o Biblii czy Jezusie, jak by było inaczej to zawsze mogliby posłać swoje dziecko do innego przedszkola. Dlaczego w takim razie państwo ma decydować o tym w jaki sposób rodzice chcą wychować swoje dzieci? Nie rozumiem tego.

Generalnie z tego co słyszałem, to w Finlandii jest spora kontrola państwowa. Nie tak radykalna jak w Szwecji, ale wg. księdza czasami jest dosyć podobna. Szczególnie dziwna jest tutaj polityka prodziecięca, która stawia czasami dziecko w hierarchii wyżej niż dorosłą osobę, co jest rzecz jasna absurdem. Moim zdaniem, dziecko potrzebuje autorytetu rodzica, i potrzebuje być wychowywane, nawet przez krzyk i klapsy, jeśli tego wymaga sytuacja. Moi rodzice krzyczeli na mnie i czasami od nich dostałem za jakąś głupotę, którą zrobiłem. Jestem przez to skrzywiony społecznie? Stałem się mordercą i psychopatą? Nie, więc o co chodzi? Jasne, zdarzają się różne przegięcia, kiedy rodzice katują swoje dzieci, ale no cholera jasna… nie przyrównujmy każdego klapsa czy opieprzu do biczowania. Skandynawska polityka rodzinna doprowadziła do tego, że jeśli dziecko poskarży się w szkole na rodziców (nawet wtedy, kiedy jest zwyczajnie wkurzone, bo nie dostało pieska czy jakiejś zabawki), to może zostać zabrane rodzicom… brzmi to absurdalnie, ale niestety takie sytuacje się zdarzają, również w Finlandii. Tutaj wygląda to tak, że dziecko po odebraniu trafia do specjalnego domu dziecka, w którym czeka na przejęcie przez rodzinę zastępczą. Proces taki trwa nawet ok. roku…

Ponadto rozmawialiśmy trochę o Benedykcie XVI i jego zasługach. Dla polskich katolików, Benedykt XVI może wydawać się nieco oschły w porównaniu do Jana Pawła II, ale, jak zauważyliśmy z księdzem, on uzupełnia JPII swoimi pismami. Poczytajcie jakieś teksty BXVI, są pisane naprawdę łatwym językiem, a myślę, że nawet jak nie jesteście jacyś bardzo wierzący, to przecież wam oczu nie wypali. O ile JPII był aktywny i wychodzący do ludu, o tyle BXVI jest wojujący słowem pisanym. Poza tym nie wymagajcie od kogoś, kto za równo 21 dni skończy 85 lat wielkiej aktywności sportowej czy mobilności.
Ksiądz Krystian obdarzył mnie nawet zeszłoroczną edycją młodzieżowego katechizmu. Mimo, że sam nie jestem katolikiem, prezent mnie bardzo ucieszył. Katechizm jest bardzo dobrze napisany i zawiera cytaty nie tylko z myślicieli Kościoła, ale także z filozofów, poetów i pisarzy znanych raczej od strony mniej religijnej. Na pewno przeczytam.

Salka parafialna przy kościele prawosławnym w Kuopio

W Kuopio mieliśmy mszę, rzecz jasna po fińsku. Przed nią poprosiłem księdza o to, żeby podał mi fragmenty Biblii, które będą czytane, tak żebym rozumiał co się dzieje. Miłym zaskoczeniem było to, że we fragmencie obecny był apostoł Filip. Mam być zadowolony z tego? Jestem, nawet jeśli było go tam mało, to hmm… był to chyba jakiś znak, że to jest naprawdę dobra niedziela.
Msza odbywała się w salce należącej do prawosławnej parafii w Kuopio. Generalnie Kuopio jest jedną z fińskich ostoi prawosławia. Miasto zbudowane przez Rosjan w XIX wieku, pełne budynków podobnych bardzo do tych, które są w Sankt Petersburgu czy innych rosyjskich miastach, nawet cerkiew ma swój rosyjski klimat.

Cerkiew w Kuopio

Może to dziwnie zabrzmi, ale Rosjanie wywarli ogromny wpływ na fińską kulturę i rozwój intelektualny w XIX wieku. Większość szlachty tutejszej stanowili Szwedzi i Niemcy, więc Rosjanie aby pozbawić znaczenia swoich niegdysiejszych wrogów prowadzili silną politykę fennicyzacji (mówiąc prosto, ufińczania Finów). Paradoksalnie, to Rosjanie pomogli jako tako Finom sformować jeden naród. Rosjanie zakładali pierwsze, rdzennie fińskie miasta i ośrodki naukowe.

Pałac w Kuopio

 

Po Mszy zapoznaliśmy się trochę z parafianami. Było kilku Polaków, część z nich to pracownicy w podeszłym wieku, część to tylko goście. Drugą co do liczności grupą byli Karenni, uciekinierzy z Birmy. Do nich zostaliśmy zaproszeni na kolację.

Flaga Stanu Karenni nieuznawana przez oficjalne władze Myanmaru.

 

Lud Karenni (albo Kayah) to grupa etniczna zamieszkująca południowo-wschodni Myanmar. W większości są katolikami, ale zdarzają się wśród nich także animiści i buddyści. Ich historia jest dosyć długa, czasami brutalna, a na pewno bardzo ciekawa. Skupię się na powodzie emigracji tej kareńskiej rodziny, którą poznaliśmy.
Z tego co Pan Ojciec Rodziny nam powiedział, Stan Karenni był uznawany przez brytyjskich kolonistów za autonomiczny. Ludności przysługiwała pewna autonomia, nie byli przez Brytyjczyków prześladowani w żaden sposób, żyli sobie spokojnie nikomu nie wadząc. W stanie funkcjonowały kopalnie minerałów, w szczególności wolframu, a także kilka elektrowni i innych zakładów. Wszystko działało legalnie na mocy umowy podpisanej między Wielką Brytanią a stanem Karenni, który nigdy nie był w pełni integralną częścią Birmy Brytyjskiej. Kłopoty ludności zaczęły się w momencie, kiedy Birma uzyskała niepodległość. Stan został przyłączony do państwa birmańskiego i zarządzał nim rząd w Rangunie. To wywołało niepokoje społeczne wśród społeczności Karenni i w ostateczności powołano do życia plemienną partyzantkę. Birmańskie władze do tej pory uznają Karenni za swoich wrogów i niebezpiecznych separatystów. Przez prześladowania ze strony wojskowej junty, która ciągle rządzi krajem, bardzo wielu Karenni uciekało, najpierw do Tajlandii, gdzie byli umieszczani w obozach dla uchodźców, a potem do państw Europy, Ameryk, a także do Australii i Nowej Zelandii. W Finlandii żyje około 1000 Karenni.
Sama grupa dzieli się na kilka mniejszych plemion, nie ma jednolitego języka, w zależności od terenu, w którym mieszkają, mówi się innym dialektem.
Rodzina u której byliśmy jest bardzo dumna ze swojej przynależności etnicznej. W całym mieszkaniu mają wywieszone chorągiewki stanu Karenni. Są gotowi wrócić do swojej ojczyzny, kiedy tylko prześladowania ustaną.
Rodzina jest całkiem wesoła. Rodzice i kilkoro dzieci, a także dwa mega wypasione koty, jeden czarny, drugi pręgowany. Najlepsza i tak była część, w której już mogliśmy zacząć jeść :P .
Danie było bardzo proste i bardzo smaczne. Ryż, sos podobny do naszych flaków, kawałki mięsa wołowego, podsmażane jajko na twardo i bardzo, bardzo, BAAAAARDZO ostra papryka (moja pierwsza reakcja po zjedzeniu wywołała śmiech wśród zebranych).

Po kolacji wyruszyliśmy w drogę powrotną. Znów rozmawiając na przeróżne tematy całą drogę, a także nucąc od czasu do czasu jakąś piosenkę, która akurat leciała w radio. Niebo było cudowne, w zasadzie wszystkie gwiazdy były idealnie widoczne.
Do Jyväskylä dojechaliśmy jakoś ok. 23:30. Po przyjeździe, ksiądz Krystian zaprosił nas jeszcze na plebanię, aby skosztować trochę grappy (włoski mocny alkohol, ok. 50%, robiony ze sfermentowanych resztek po produkcji wina, lepszy o niebo od wódki czy tego typu alkoholi, bardzo łagodny, a jednocześnie mocny, polecam… ALE NIE NAWOŁUJĘ DO ALKOHOLIZMU!). Efekt grappy poczułem dopiero po powrocie do akademika. Jadąc na rowerze totalnie nic nie czułem, zsiadając z roweru, nogi lekko odmówiły mi posłuszeństwa, a ja zrobiłem się bardzo chętny do rozmowy… no ładnie, spić się na plebanii…

Z Bogiem!

Posted in Bez kategorii | Leave a comment

BBC

Dobry sposób na szkolenie pjur britisz akcent. Słuchanie BBC jakieś kilka godzin dziennie. Świetna muzyka, kapitalne słuchowiska i naprawdę profesjonalny serwis informacyjny, a wszystko w otoczeniu wspaniałego języka. Polecam w szczególności wszystkim anglofilom i maniakom brytyjskiego stylu życia.
Dla tych, którzy nie łapią fal radiowych z Wysp, polecam program Screamer Radio. Odbiera w zasadzie wszystkie najważniejsze stacje radiowe z całego świata.

A jak wyglądały ostatnie cztery dni? A tak sobie.

W niedzielę, jak to w niedziele, do kościoła. Tym razem druga wizyta u katolików. Dawno nie byłem, a w końcu dobrze posłuchać czegoś w języku, który się w pełni rozumie. Niby zazwyczaj noszę Biblię ze sobą do kościoła, żeby w razie czego zrozumieć o czym jest czytanie, ale to nie to samo. Wolę jednak rozumieć, co ksiądz do mnie mówi. W dodatku siedząc w fińskim kościele i słuchając kazania można naprawdę kojfnąć z nudów.
Katolicki ksiądz w Jyvaskyli jest typem misjonarza. Z tego co sam mówił, był na kilku misjach w Afryce i Ameryce Południowej, zna 6 języków z fińskim włącznie i bije od niego religijnym entuzjazmem, łatwo wyczuć, że nie został księdzem dla zarobku, tylko z potrzeby. Generalnie zawsze mam wrażenie, że księża-misjonarze są o wiele bardziej ogarnięci zarówno w sprawach kościelnych, jak i w całej dogmatyce chrześcijańskiej. Bardzo przyjemnie się z nim rozmawia.
Generalnie po Mszy tutaj jest posiłek, podobny do tego, który opisywałem w przypadku cerkwi prawosławnej, z tą różnicą, że większość ludzi mówi płynnie po angielsku. Jak już wcześniej wspominałem, większość katolików tutaj stanowią obcokrajowcy, w szczególności z Azji, Afryki, Środkowej Europy i Kanady.
W czasie posiłku porozmawiałem trochę z księdzem o Tolkienie, o niektórych aspektach katolicyzmu i teraźniejszych problemach Kościoła. Bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie jego krytyczne podejście do niektórych biskupów w Polsce i na świecie. Ponadto bardzo ładnie stwierdził, że może to, że Kościół przeżywa kryzys pozwoli na pewne oczyszczenie go z czarnych owiec. Hmm… wydaje mi się, że jest w tym trochę racji.
Jackowi zaproponował kolejną jazdę z wizytą duszpasterską na Wschód. Spytałem z ciekawości, czy jest jeszcze jedno miejsce, no i jadę. :) W najbliższą niedzielę trochę posiedzę w Kuopio, stolicy Sawonii. Spróbuję porobić trochę zdjęć, no i w końcu zobaczę trochę Finlandii poza Jyvaskylą.

W końcu ostatni wykład z tego niezmiernie nudnego kursu o spojrzeniu na Finlandię. Dzisiaj mieliśmy zajęcia, podczas których podyskutowaliśmy o niektórych aspektach tutejszych obyczajów, o saunie, o nieśmiałości fińskiej, o depresyjnym działaniu klimatu i ciemności. Nawet nieźle było.

Jutro pierwszy dzień wiosny. Mam nadzieję, że coś się w końcu zacznie zmieniać. Póki co tylko śniegi lekko topnieją i robi się niezła breja, ale mam nadzieję, że wiosna uderzy jak pociąg pospieszny w wóz drabiniasty.

Jutro kolejny kurs, zobaczymy jak będzie. Plus przygotowywanie się do kolejnego egzaminu czas zacząć, bo mam niecały miesiąc do niego. Koniec odpoczynku, czas dalej studiować. Póki co żegnam się z wami… Tak, tak, wiem, krótki wpis, ale no co ja zrobię?

Z Bogiem!

Posted in Bez kategorii | Leave a comment

Egzamin

No i po pierwszym egzaminie z tzw. advanced studies. Za dwa tygodnie wyniki, ale wydaje mi się, że zdałem. Generalnie były tylko dwa pytania, jedno z ksiażki, którą przeczytałem całą, a drugie z książki… której nawet nie tknąłem…

ALE!

Pytanie dotyczyło tematu, którym się bardzo interesowałem na pierwszym roku studiów, więc wiedzę jako taką miałem o tym. Pytanie dotyczyło obrzędów przejścia, a jakoś, może nawet niecały rok temu, czytałem van Gennepa Rites de passage i pracę Victora Turnera na temat pielgrzymek, także mam nadzieję, że to, że nie wyjaśniłem na podstawie podręcznika, tylko dwóch specjalistycznych książek nie wpłynie na ocenę :) .
Zobaczymy jak to wszystko wyjdzie. Póki co świętuję wesołą muzyką Phila Collinsa i permanentnym bananem na twarzy. Wieczorem mam nadzieję, że natchnę moich roomies do pójścia gdzieś na pizzę/piwo, żeby to wszystko w jakiś sposób świętować. Jakkolwiek by patrzeć, taki był plan w końcu. Jak zdam, to idziemy świętować zdanie, jak nie zdam, to idziemy się pocieszać. Ahh, słowiańska krew się nagle uaktywniła w mojej anglofilnej duszy, do picia zawsze jest okazja :P . Żartuję… przecież pisałem, że dużo nie piję :) .

No, w końcu nie muszę się uczyć cały tydzień. Teraz tylko iść do biblioteki oddać książki, potem na pocztę wysłać co niewysłane i koniec obowiązków na ten weekend… TAAA chciałbym. Jeszcze muszę zrobić jakąś durną prezentację na przedmiot, o którym już pisałem, że jest nudny jak cholera, a potrzebny mi niesamowicie do życia… no i jeszcze napisać esej o Związku Radzieckim na zajęcia, które miałem miesiąc temu. OJ TAM, NARZEKAM! Jeśli chodzi o naukę to póki co mam wolność.

No to plan na dzisiaj prosty, sauna (chyba… kurcze za bardzo się do tego przyzwyczajam… ale przynajmniej nie złapałem od miesiąca żadnego przeziębienia, także jest spoko), piwo, pizza (w tym dwa ostatnie w dowolnej kolejności…).

Pierwszy raz jak tutaj jestem, czuję się naprawdę szczęśliwy, mimo, że wielu powodów nie mam.

Z Bogiem!

Posted in Bez kategorii | Leave a comment

Przygotowania

Przygotowuję się do pierwszego egzaminu etnologicznego. Sam egzamin jest z antropologii religii. Mam do przeczytania jeszcze ostatnią książkę, a sam egzamin zacznie się w piątek. Łącznie do przygotowania się potrzebowałem czterech książek. Jutro szykuje się dosyć zaczytany dzień w bibliotece. Ostatnie cztery dni były dosyć bezżyciowe, nos w książkach, w komputerze, w muzyce, która pozwala mi się skupić i hektolitrom yerba mate (swoją drogą jej działanie jest naprawdę przedziwne, z jednej strony odpręża, a z drugiej mobilizuje). Jest ciężko z niektórymi książkami, w szczególności z jedną autorstwa Davida Parkina o świętych przestrzeniach u Giriama w Kenii. Masa statystyk, masa informacji, których nie da się po prostu zapamiętać (chyba właśnie po to zostały one zapisane), ale no co ja mogę…

Carrying, carrying... till Friday

Teraz kończę czytać trzecią książkę, która z kolei jest o zmianach zachodzących w społeczeństwach muzułmańskich. To z kolei jest dosyć ciekawe i łatwe w czytaniu. Egzamin będę miał prawdopodobnie w piątek po południu, także mam nadzieję, że i w piątek zdążę coś przejrzeć i się doinformować. Z tego co Pia mówiła, egzaminatorzy raczej zadają pytania ogólne odnośnie książki.

Takto, to działo się nie tak dużo. Raczej standardowo.
Wpis krótki, ale zawsze wpis… wracam do książek.

Z Bogiem! 

Posted in Bez kategorii | Leave a comment